29.12.14

O 2014, o wadach, zaletach, wydarzeniach dobrych i złych, o osobach, które sprawiły że jestem tu, gdzie jestem

Dwa lata temu pisząc pierwsze podsumowanie, wtedy jeszcze na morzu słów miałam wiele do powiedzenia o mijającym roku. O tym, co mnie w nim spotkało, o smutkach, rzeczach dobrych, złych, tych, które chcę zapamiętać i tych, które najchętniej wyrzuciłabym z głowy. Rok temu wyraziłam jedynie chęć, by kolejny rok był dobry.

Był…

wypełniony koncertami happysadu, gdzie to jeden z nich był w miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów, co nie stanowiło przeszkody by wsiąść w samochód i jechać, choć podróż w jedną stronę przekraczała czas trwania samego koncertu; był dopychaniem się do zdjęć, krótką nawet rozmową, robieniem dziwnych min do zdjęć, i świadomością, że choć te chwile nie wrócą, na pewno zostaną na dłużej;

świadomością, że życie i to, jak ono wygląda zależy tylko i wyłącznie ode mnie i jeżeli usiądę na tyłku, poddam się i będę narzekać, nic nie zdziałam, tylko stanę w miejscu;

radością z nadarzających się okazji do spotkania osób wyjątkowych, które mogłam jedynie podziwiać przez ekran komputera: czy to chłopaki z Curly Heads czy Lekko Stronniczy, którzy to (ci drudzy i ci pierwsi) zarazili mnie mega energią, że jeżeli chcę, to i mogę niezależnie od wszystkiego;

czasem przepełnionym smutkiem i żalem odnośnie tych, których już z nami nie ma, i choć teraz wiem i staram się zrozumieć że tak miało być, to nadal mam o to żal, płonie we mnie jednak nadzieja, że Kordianowi, mimo tych snów nie moich, jest tam dobrze, i że tak samo jak my – On odnajdzie spokój i będzie mógł wytrwale na nas czekać (bo przecież TAM wszyscy się spotkamy);

uwierzeniem w swoje możliwości, i jak dla mnie – pozbyciem się strachu odnośnie tego, co lubię robić - założyłam bloga z recenzjami, o którym wiedzą moi znajomi, jedni z nich dopingują, inni patrzą się jak na wariatkę;

… wejściem w trzecią dekadę swojego życia, postawieniem ‘dwójki’ na przodzie, pożegnaniem z ‘nastką’;

… momentem, w którym przestałam myśleć „co by było gdyby” i momentem, w którym zrozumiałam, że nie obchodzi mnie to, co myślą i mówią o mnie inni ludzie; w nosie mam opinie innych na temat rzekomego ‘niszczenia sobie życia przez wybór takich studiów’, nie obchodzi mnie również to, jak żyją inni;

… możliwością poznania nowych osób, które w jakiś sposób wpływają na moje życie;

… otworzeniem oczu na to, że nie koniecznie muszę interesować się tym, czym interesują się wszyscy, tym, że mogę lubić to, co mi się podoba nawet, jeśli nie jest to uznane za ‘hit roku’.

weheartit.com


Żegnam rok dwa tysiące czternasty z uśmiechem na twarzy. Nie robiąc sobie postanowień rok temu sprawiłam, że nie mam teraz żadnego poczucia winy. To, co chciałam zrobić zrobiłam, to, czego jeszcze mi się nie udało osiągnąć wciąż przede mną. Napełniona dobrą nadzieją w rok z piątką na końcu wierzę, że tak będzie. Bo skoro wszystko zależy od nas, skoro to my budujemy sobie naszą przyszłość, to nie ma mowy, by podwinęła się nam noga.

Jednocześnie dziękuję wszystkim, którzy byli tu ze mną przez cały rok, także i tym, którzy dołączyli w trakcie i nadal są. Szczególne podziękowania należą się Asi, z którą od listopada wspieramy się jak tylko możemy, Anji, którą poznałam dzięki Asikowi (i je obie udało mi się spotkać tak serio serio!) i Fridzie (mam nadzieję, że tak się odmienia), której słowa sprawiają, że z każdym nowym postem przez nią napisanym, odnajduję spokój ducha.

Największe jednak podziękowania należą się Temu, którego dzisiaj już z nami nie ma. Jak rozmawiałam wczoraj z Asią, nigdy, przenigdy w swoim życiu nie miałam czegoś takiego, jak w momencie, kiedy dowiedziałam się, że nie ma Go wśród nas. Na ułamek sekundy zapomniałam o prostej czynności, jaką jest oddychanie. Wpatrzona w ekran telefonu nie wierzyłam, nie wierzę i teraz. To się nie zmieni. Kordianie. Nie ma słów, którymi mogłabym Ci podziękować za każde słowo, które napisałeś. Za każdą wiadomość, którą między sobą wymieniliśmy. Dziękuję za to, że dzięki Tobie powoli wierzę w to, że ‘będzie dobrze’ niezależnie od wszystkiego. Dawałeś ludziom ogromnego kopa do życia, wiesz? I choć to Ty stałeś się tym, który życie stracił za szybko, powoli wierzę, że to mogło mieć sens. Mogło. Może kiedyś się go doszukam, może kiedyś, kiedy będę na tyle… pogodzona, zajrzę ponownie w posty, które napisałeś i będę tego szukała. Na chwilę obecną, choć łzy leją się ciurkiem po moim policzku, chcę powiedzieć napisać, że najlepszym, co mi się przytrafiło w tym roku było poznanie Ciebie. I choć, jasna cholera, za szybko odszedłeś wiem, że kiedyś się spotkamy. Bo tam podobno jest dobrze, prawda? Czekaj więc wytrwale, bo i my tam kiedyś dołączymy.

Ludzie są najważniejsi, więc życzę sobie i Wam, byśmy nie tylko poznali w tym roku ludzi wyjątkowych, ale również żebyśmy w tym samym gronie spotkali się tu za rok. Dziękuję…

To co, 2015, bądź dobry dla nas, okej? :)

*be te wu, jak tam plany sylwestrowe?



 To nasz młodość z kości i krwi
To nasza młodość co z czasu kpi...


27.12.14

Święta, święta i...układamy puzzle dopóki nie oślepniemy, czyli jak to jest jak ktoś zbyt dobrze nas zrozumie

Objedzeni? Przejedzeni? Wyspani? Oczytani? Tak właśnie myślałam. Ja, jak zwykle przejść się nie przejadłam (ku rozczarowaniu tych, którzy chcą nadal mnie dokarmiać), wyspać to i owszem, poczytać raczej nie, bo jak zaległam bez książki to ruszyć mi się po nią nie chciało, ale też i dlatego, że miałam lepszą zabawę.

Puzzle.

Otóż, zażyczyłam sobie puzzle pod choinkę. Nawet sama dobitnie zaznaczyłam, że ‘ma być trudno’. No to jest. I to jak, powiem Wam, że paskudnie trudno! Bo, moja Matula kochana, z dobrego serca chciała spełnić to moje życzenie, kładąc nacisk na to ‘trudno’. No i jeszcze jak zobaczyła, że panorama Londynu, to stwierdziła, że ja przecież kocham. Otóż tak. Szkoda, że nie zaobserwowała, że te puzzle, to z całym szacunkiem, ale czarno-białe. Yup. No, oprócz czerwonej budki, która nadal jest czerwona, czerwonego dwupiętrowego autobusu i flagi, również w kolorze, upchanej w prawym górnym rogu. Dla uściślenia budka jest w dolnym lewym rogu. A autobusik, tak ni w pipkę ni w groch na samym środeczku. I tak jeszcze nie udało mi się go ulokować. Zbytnio. Od środy prowadzę z nimi rozmowy, jednak na nic zdają się moje prośby o to, by nabrały koloru. Bo za cholerkę nie chcą. Więc przeniosłam się dziś z moim poselstwem z podłogi w moim pokoju, gdyż iż tu ciemno niemiłosiernie i rozróżnienie tryliarda odcieni szarego staje się trudne, i zasiadłam przy stole. Wprost pod żyrandolem. Żeby niby lepiej miało być. Serio, nie wiedziałam, że istnieje pierdyliard odcieni szarego. Czarnego też! Całe życie w niewiedzy. No to układałam dziś, osiem godzin. Z jedną półgodzinną przerwą na drzemkę, bo me oczęta sfiksowały. Umysł zresztą też. Dlatego po ułożeniu ramki (!!!) i durnych ludków, spauzowałam. W okolicach czwartej godziny układania Matula stwierdziła, że jak nie wstanie, nie przyniesie kosza i tego nie wypie… tam do niego, bo już wariuje. Wobec czego (wtedy) stwierdziłam, że z matmą na maturze dałam radę a z puzzlami nie dam? Wymiękłamże jednak wtedy, kiedy mama spytała czy nie widziałam puzzla z zasłoną w oknie (serio, takie szczegóły). No to odpowiedziałam kulturalnie, że ‘tą niebieską?? serio, a ja myślałam, że to czarno-białe jest, no wybacz!’. Tata był dzielnym obserwatorem, siostra dołączała, później wprawdzie bez soczewek/okularów ale się przydała. Koleżanka sprawdzała stan co godzinę pytając, jak nam idzie. Otóż, średnio.

Jak więc widać, drugi dzień świąt pod tytułem ‘układamy puzzle do zmordowania, a jak je ułożymy, to kupujemy antyramę i ani razu nikt tego nie styknie, o nie’. Wczoraj bawiłam się w ciotkę-klotkę, bawiąc i rozśmieszając pięciomiesięczną królewnę, friendsując z wujaszkiem, który nie zaznał we mnie sprzymierzeńca i w końcu może dziś otworzę książkę, a dokładnie włączę czytnik, chyba, że oczy zmordowane układaniem szarości odmówią posłuszeństwa.

Czyli poświętny kacyk i depresja, spowodowane nadmiernym zrozumieniem przez Rodzicielów.


*aczkolwiek do tej pory nie rozumiem jak patrząc na to można nie zauważyć, że tak, to jest czarno białe. 

jednakowoż, w trakcie układania Tato podziwiający naszą pracę właczył Trójkę. Tam usłyszałam tą piosenkę, która umilała mi przez chwilę czas... Teraz słucham jej non stop...

22.12.14

O świętach, świątecznej krzątaninie i o tym, żebyśmy się w ten wyjątkowy czas nie wykończyli nerwowo.

Piękną jesień tej zimy mamy, co nie? Aż mi się nie chce wierzyć. Wstałam przed dziewiątą, bo przecież na tym durnym poddaszu to dudnienie deszczu i szum wiatru słychać upiornie. Żeby dopełnić okropieństwa dnia dzisiejszego, doplątała się do mnie ciotka w czerwonym samochodzie, więc się tu powoli wykańczam. Popijając herbatę za herbatą, rzecz jasna. I oglądając milionowy raz ten sam odcinek Chirurgów, bo tylko to leci w telewizji.

Mimo wszystko krzątanina przedświąteczna wre. Wczoraj, w akompaniamencie bajek puszczanych na video ubieraliśmy choinkę, kiedy to mama ubolewała nad faktem, że im coraz starsze jesteśmy, tym bardziej nam odwala. Mówcie co chcecie, ale Gwiazdka u Disney’a jest ponadczasowa, serio! Zrobiłam też pierniki, trochę chyba za dużo, więc nie mam co z nimi zrobić, bo nie wierzę, że to zjemy. Nawet na choinkę ledwo się nadają, bo jak powiesiłam, to się gałązki pod nimi uginały. Ach!

Dorwałam się przed chwilą do słoiczka z powidłami i czuję obopólne przesłodzenie organizmu. Cóż mnie podkusiło! I tak sobie siedzę, nad edytorem, od chyba dwóch godzin i nie mogę z siebie wykrzesać niczego ciekawego. A wypracowania nawet pisać nie zaczęłam, przeczytałam wszystkie rozdziały, pozaznaczałam potrzebne fragmenty... Domyślam się jednak, że byłoby prościej, gdybym wiedziała na jaki temat chcę pisać. Cóż.


Tym świątecznym akcentem kończę swój przykrótki wywód. Piosenka siedzi we mnie od zeszłych Świąt Bożego Narodzenia, może i Wam będzie towarzyszyć w tych ostatnich przygotowaniach do Świąt. Życzę Wam przede wszystkim spokoju, żebyśmy się w tym świątecznym ferworze nie pozabijali. Smacznego karpia, dobrych pierników i mnóstwa prezentów pod choinką. Na cały 2015 rok pogody ducha, zdrowia przede wszystkim... I świadomości, nadziei, że zawsze - niezależnie od wszystkiego - będzie dobrze. Trzymajcie się :)

16.12.14

"When you're still waiting for the snow to fall doesn't really feel like Christmas at all"

Pogrążam się w żałobie. Dobrnęłam do połowy dziewiątego sezonu „Przyjaciół” i doprawdy nie wiem, co zrobię ze swoim życiem, gdy skończę. Dlatego postanawiam, iż od dzisiaj, od teraz, zamierzam sobie dawkować odcinki. Tak, dawkować! A nie, że dziesięć za jednym posiedzeniem!  Bo tak to ja pojutrze wszystko skończę i zacznie się robić żałośnie. Ugh!



Taką mam dygresję okołoświąteczną, o której już miałam wspomnieć jakiś czasu temu, ale tak jakoś zawsze mi coś innego wychodziło. Od początku wakacji mówiłam o szukaniu nowego mieszkania, o tym, że prawdopodobnie będę musiała zamieszkać z kimś nowym, nieznanym i w ogóle obcym. Nie ukrywam, bałam się niemiłosiernie, bo jak wiecie, to ja jestem człowiekiem z dziwnym podejściem do ludzi. Potrzebuję ich, ale powiedzmy sobie szczerze, że w bardzo małych dawkach. Takich uczelnianych na przykład. Kilka godzin napędzania kontaktów międzyludzkich na uczelni to dla mnie wystarczająco dużo. Czasem nawet i za. Tak czy siak, obawiałam się wtedy, że przecież ja nie znajdę nikogo podobnego do siebie, bo przecież ludzie są normalni, chociaż przemawiało za mną to, że ja jestem raczej spokojnym typem współlokatorki. Wiecie, jakby mi dać wór paluszków, i zbiorniki hektolitrowe herbaty, to na przykład mogłabym z pokoju nie wychodzić. Także wiecie. Super opcja.

Wspominałam również, że taką osobę spotkałam i po kilku minutach rozmowy wiadome było, że cóż, będę tu mieszkać. Nie wiedziałam wówczas, że będzie nas trójka, choć muszę przyznać, że to robi teraz tylko mieszankę wedlowską. A więc, skoro mieszkam tu już trzy miesiące (nie licząc miesięcy wakacyjnych, tj. sierpnia i września), to może pasuje coś podsumować. Albo po prostu wydusić to z siebie, tak dla lepszego porządku. W głowie.

Obawiając się, że nie istnieje nikt taki jak ja, byłam w błędzie. Otóż Współlokatorka jest, bez obrazy rzecz jasna, równie niemrawa w kontaktach międzyludzkich jak ja. Doprawdy, stanowimy śmieszny duet, siedząc na przykład przed komputerem i wybierając składniki pizzy, którą chcemy zamówić, byleby tylko nie musieć dzwonić samodzielnie. Albo przepychamy się, która ma iść przyjąć kuriera, no bo przecież trzeba się odezwać. Oczywiście, każda ma swoje za uszami, dlatego też wychodzę z założenia, że jak spróbuję się nie wściekać na garnki leżące w zlewie od kilku dni, bo przecież to nie moja część zlewu, więc mi zwisa, to i ona wybaczy mi moje małe grzeszki. Czasem sobie coś upichcimy, na przykład frytki o 23, czy naleśniki tak jakoś przed 24, jak nas najdzie głód. Herbatę zrobimy. Czy nawet pomożemy sobie w zadaniach na uczelnię, choć nasze kierunki to jak niebo i ziemia. Tak samo jak ja nie odpowiem na jedno z matematycznych pytań odnośnie pochodnych (jedynie mogę dzielnie kibicować), tak samo ona raczej nie powie mi, która definicja kultury w tym wypadku jest na miejscu. Mimo wszystko jest śmiesznie. Jak siedzimy w piżamach, w łóżkach, w pokojach obok i wysyłamy sobie głupie zdjęcia. Albo jak szukamy wejścia do satelity, sprawdzając po kolei każdy kontakt w mieszkaniu. Czy używamy po raz pierwszy piekarnika, czytając zawzięcie instrukcję obsługi.

Wczoraj jednak zostałam totalnie zbita z pantałyku. Poczułam się obrażona wobec oceniania moich talentów albo ich braku odnośnie programów graficznych. Z racji, iż na jedne zajęcia mam zaprojektować logotyp, w formie dowolnej (czy to ołówkiem na kartce, czy w programie), poszłam ów pożyczyć kartki, czystej, z drukarki.

J: Masz kartkę, taką białą, z drukarki? Pożyczyć?
W: daje mi tą kartkę, nawet kilka i patrzy się na mnie podejrzliwie.
J: Logotyp będę robić – tłumaczę się, w przypływie późnowieczornej, niedzielnej weny.
W: Na karteczce się będzie robić, ołówkiem? Bo się programu nie umie obsługiwać?

Ha! Toć mnie zbiła. Tak mnie zbiła, że pani aż chyba wykładowczyni moja usłyszała to telepatycznie i pierwszy raz od rozpoczęcia zajęć otworzyliśmy Adobe Indesign na komputerach. A ja umiem już pokolorować kartkę, i nawet tekst umieścić, ha!

Wracając jednakże do tematu. Duet z nas niemal idealny. Nie chcę zapeszać (choć słyszałam, że ponoć jest zadowolona), ale chciałabym tu mieszkać i w następnym roku. Bo tak się po prostu przytulnie zrobiło. Od wejścia pachnie świeczkami zapachowymi, w kupowaniu których się prześcigamy, wiecznie zajeżdża frytkowym olejem (niezły przerób ziemniaków), a półki uginają się pod milionem rodzajów herbat.

Najlepsze jednak z tego wszystkiego to fakt, że takie świry jak ja istnieją. Więc może nie jest i ze mną tak źle?:P

Ależ się słodko zrobiło. To wina świąt, na mur beton! Dzisiaj byłam na spotkaniu z Lekko Stronniczymi i jeju, na żywo są jeszcze fajniejsi, niż widać ich na youtubie. Jakbyście widzieli jak się zaczęli śmiać, jak powiedziałam, co studiuję i odpowiadając na ich pytanie ‘nie wiem, co ze sobą zrobię po’. Mam ich poinformować, jak na coś wpadnę. Myślę więc i główkuję, ale nic nie wchodzi. Ktoś, coś? Jakąś propozycję?

Tymczasem żegnam się i idę oddać się w objęcia morfeusza. Mam nadzieję, że przyśni mi się coś fajowskiego.


Aa. Termin oddania prac z jutra (ha-ha-ha) przeniesiony na trzynastego stycznia. Chyba zdążę ;) 

dlaczego ja tego do tej pory nie znałam?!

10.12.14

karmelova skóra twoja, porysował czas ramiona...

Oficjalnie udało mi się pokonać pierwszy egzamin tej sesji. Nie wiem, jakim sposobem to osiągnęłam, skoro wielebne notatki wydrukowałam dopiero wczorajszym popołudniem, a zaczęłam czytać kiedy było już nieźle po dwudziestej. Nie będę się jednak nad tym zastanawiała, wolę przyjąć, że po prostu jestem genialna. Jakoś trzeba się dowartościować.

Skoro więc to już za mną, i znowu dopadło mnie lenistwo (dobre sobie, zmęczyła się jednym wieczorem), znów siedzę i przewijam obrazki na tumblrze. A powinnam pisać wypracowanie, które mam oddać we wtorek, a ja dopiero wczoraj wybrałam tytuł. Znaczy, nie wybrałam. Pomyślałam. Dzisiaj odebrałam książkę z biblioteki i chyba powinnam zacząć nad tym myśleć.  Ale to jest nudne. Myślenie, znaczy się. Jutro ponoć ktoś ma się iść spytać, czy data naszej egzekucji może być przesunięta na po-świętach, ten magiczny i odległy chwilowo termin, który – jeśli nadejdzie – będzie przepełniony całym złem, bo przecież wszystko, co jest teraz odkładane, to jest odkładane na po-świętach. Strach się bać!

Wobec czego udaję, że o tym nie wiem, i nie zdaję sobie sprawy. Zdam sobie dopiero, jak nadejdzie. Bo przecież pisanie pracy w święta? Wolne sobie! Bo mi się będzie chciało! Tyle interesujących rzeczy jest do robienia… pff!

Na przykład spanie. Dzisiaj przyszłam o dwunastej z uczelni, po tymże kolosie, zaspokoiłam głód makabrycznie wielkim talerzem frytek, popiłam to niesamowicie gorącą herbatą i... dalam nura pod koc. Specjalnie nie nastawiałam budzika, no bo po cóż się stresować. Bez stresu więc obudziłam się w okolicach siedemnastej, zupełnie idealnie by poznać wyniki. Się babeczka uwinęła. Znowu mi się ręce telepały, ale no. Udało się!

Znów oglądam „Krainę lodu”, znowu fascynuję się Olafkiem (mama patrzy na mnie krzywym wzrokiem) i nadal nie mogę się doczekać śniegu. Choć domyślam się, że jak spadnie to znowu narobi więcej bajzlu, więc może go nie oczekiwać?



Dziwną rzecz zaobserwowałam. Znaczy, to już dawno temu, ale teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę. Wyobraźcie sobie, że idąc ulicą uśmiecham się do osób, które na mnie patrzą. No nie potrafię inaczej. Czy to jakaś starsza kobieta, chcąca mnie pewnie za coś opierniczyć za żywota, czy dziewczyna w moim wieku, zawsze się uśmiechnę. No sorry, taki mamy klimat. Czasem, gdy ktoś potrzebuje, ustąpię miejsca, czy potrzymam drzwi, jeżeli ktoś ma kłopoty z wejściem. Bramkę nawet potrzymam, przy bloku, jak widzę, że ktoś za mną pędzi. I cóż dostaję w zamian? Dziwne spojrzenia, jakbym przynajmniej tym wzrokiem kogoś zabijała. I jak tu wyjaśnić, że to staranie się byciem miłą? Czy to przestępstwo jakieś, karalne? Nie można być już zwykle życzliwym dla człowieka, bo jeżeli tylko się uśmiechnę, to już myślą, żem dziwna? Często zagadują mnie starsze panie, to odpowiadam grzecznie, nie fukam. Pomogę wyjść z tramwaju, czy nacisnę chociażby przycisk, żeby drzwi na danym przystanku się otworzyły. Ale lepiej stać z boku i udawać, że nic się nie dzieje. No bo po co zainteresować się drugim człowiekiem…


A do świąt tylko dwa tygodnie, do przerwy świątecznej – całe dziewięć! Trzymajcie się! ;) 

a w głowie, w te zimne i ponure wieczory karmelove .... 

5.12.14

Nominacja Dobrych Myśli, czyli o wspomnieniach, które ogrzewają i przypominają o najważniejszych rzeczach w te nawet zimowe dni :)

Zostałam zaproszona przez Asika do wzięcia udziału w Nominacji Dobrych Myśli. Asik napisała: „Ale przyszło mi do głowy, by właśnie teraz, dokładnie miesiąc po śmierci Kordiana, gdy mamy już za sobą pierwszy szok i morza łez, wznieść za Niego toast słodkim winem, zanucić wesołą, pełną wdzięczności piosenkę i ocieplić te marznące serca ponownie dobrymi wspomnieniami.”. Nie pozostaje mi nic innego oprócz spełnienia swojego obowiązku, na cześć Kordiana, który z pewnością chciałby, byśmy w końcu się uśmiechnęli. Na cześć Promyczka, który oświetlał mi drogę w przeciągu całego miesiąca. Dziękuję, Kochana.. :*

Grudzień 2011

Cóż, Internet, jak się okazuje był moim dobrym sprzymierzeńcem. I jest nim do tej pory. Wtedy udało mi się poznać M., kolegę, z którym cóż, może i nie wyszło, ale od czasu do czasu utrzymujemy jednak kontakt. Wtedy jednak się poznaliśmy, przez jeden tydzień gadaliśmy ze sobą niemal non stop, dzień i noc, nie odrywając się od komputera. Wobec czego pomyśleliśmy, że może by się spotkać, i plan ten zrealizowaliśmy. Ileż ja się najadłam stresu!

Kraków, Galeria Krakowska. O umówionej porze stoję w umówionym miejscu, ubrana w to, w co miałam być ubrana, żeby mógł mnie poznać, plecami do miejsca, z którego miał nadejść. Pogrążona we własnych myślach, oparta o barierki poczułam w pewnym momencie czyjeś dłonie na ramionach. Obróciłam się, i cóż… chyba wpadliśmy sobie w ramiona. Z racji, że wówczas chodził o kulach, obeszliśmy jeden poziom Galerii, po czym usiedliśmy na jednej z tych ławek stojących naprzeciw wejść do sklepów.
Siedzieliśmy, gadaliśmy, jakoś leciało. Siedząc obok siebie nie mogliśmy się na siebie gapić, co chyba w sumie doprowadziło nas do jednej, niezręcznej sytuacji. Na sekundę obróciliśmy się w swoją stronę, przytuliliśmy się i w momencie, w którym odwracałam już głowę, jedną ręką złapał moją i położył je obie na kolanie, drugą złapał mnie za podbródek i po prostu pocałował. Ale nie tak szybko, że o, buziak i już po sprawie. Tak wiecie. Porządnie. I nie byłoby w tym nic niezręcznego gdybym ja, cóż, nie wybuchnęła śmiechem.

Tak. Zaczęłam się śmiać.

Tak strasznie, że nie mogłam się opanować.

Tak bardzo, że do tej pory nie wiem, co mnie tak rozśmieszyło.

I jak tu tego nie wspominać, mimo, że nie wyszło? ;)

Lipiec 2012

Koleżankę K. poznałam przez Internet, a dokładniej przez bloga w roku 2009, czyli mając wtedy zaledwie piętnaście lat. Najpierw miałam kontakt z jej koleżanką, tamta jednak „odesłała” mnie w jakiejś sprawie do K., i od tego się zaczęło. Trzy lata później, w wakacje roku 2012, kiedy to wielkimi krokami nadchodziła maturalna klasa, postanowiłyśmy się spotkać. W końcu! Plan był prosty: najpierw ona przyjeżdża do mnie, później jedziemy do niej. Dzień przed jej przyjazdem miałam pierwsze wykłady teoretyczne na prawo jazdy, wszystko się na siebie nałożyło. Właśnie wtedy, przed wyjściem z domu, przez Skype dogadywałyśmy wszystkie szczegóły odnośnie pociągu, tego, czy moja mama i ja po nią przyjdziemy. Emocje tak jak plany – wielkie, momentami nie do ogarnięcia. Minęło popołudnie, minęła (bezsenna) dla mnie noc. Pociąg, który z miasta G., miał wyruszyć o szóstej trzydzieści trzy, w mojej marnej mieścinie miał zjawić się w okolicach trzynastej. Wstałam jednak dobrze przed ósmą, co jak na wakacje było czymś wooow. Pędzona złym przeczuciem, napisałam do koleżanki wiadomość, jak się jedzie, czy wszystko w porządku. Do końca podróży jednak nie otrzymałam odpowiedzi, wobec czego w moim domu rodzice zaczęli spiskować, że może mnie wystawiła? Może w ogóle nie wsiadła do pociągu, i dlatego nie odpisuje na wiadomości? Kilka godzin później, kiedy prawie wpadłyśmy sobie w ramiona na dworcu kolejowym okazało się, że to tylko durny zasięg, a właściwie jego brak, zmącił nam w głowach. Jak mówiłam, niemal rzuciłyśmy się sobie w ramiona… Choć widziałyśmy się pierwszy raz, na żywo, nie przez Skype’a… Na początku było trochę niezręcznie, do momentu w którym emocje tak samo i nerwy, nie opadły. I ogarnęło mnie wtedy uczucie – które trwa do dziś dnia – że mimo, iż nie przebywamy ze sobą na co dzień, mimo, iż nie mamy siebie na wyciągnięcie ręki, tylko na wyciągnięcie telefonu, czy komputera, mimo, że spotykamy się raz do rok, po prostu jest dobrze. Potrzebowałam wtedy takiej osoby, do której będę się mogła odezwać, kiedy będzie mnie coś dręczyło. I, jezu! Poznając się miałyśmy tylko piętnaście lat. Czy myślałam, wtedy, w 2009 roku pisząc do niej pierwszą wiadomość, że za sześć lat również się będziemy znały? I że mimo tej durnej odległości będziemy best friend, choć to dziwnie i tandetnie brzmi? Nie. Jak się okazuje, życie jest nieprzewidywalne. I K., jeśli to czytasz, to dzięki za te sześć lat, musisz mieć do mnie stalowe nerwy :)

Luty 2013

Studniówka. O tym mówiło się już od pierwszej liceum, choć nie w takim natężeniu jak w klasie maturalnej. Bo kto niby przejmował się maturą? Bardziej na czasie były rozmowy o sukienkach, czy czołówce. I polonezie. No ale skoro dobrnęliśmy do lutego 2013 to znaczy, że sukienki wybrałyśmy, klub także, a nawet zręcznie nakręciliśmy czołówkę. Najdłuższą w całej szkole, ale to już inna sprawa. Dosyć sporna, więc warto ją pominąć.  

Najpierw beznadziejna pogoda, mżawka parszywa,  której bałam się od samego początku. Tony lakieru na włosach, żeby się jednak nie rozpierdzieliły, szal, mający uchronić przed deszczem i ta niepewność i stres odnośnie całej jedynej w swoim rodzaju nocy. Wizyta u kosmetyczki, makijaż, manicure i powrót do domu. Pomimo zapasu czasu postanowiłam zacząć się powoli ubierać. To więc robię, nakładam rajstopy starając się ich nie rozwalić, kiedy słyszę szczekanie psa. Wybita z pantałyku wyglądam przez okno, a tam, cóż.. Kolega;) Który przyjechał za wcześnie, bo przecież ja byłam w sosie!! Tata kolegę przez piętnaście minut maglował, ja się stroiłam, latając z mamą po domu jak szalone. Później szybkie, pamiątkowe zdjęcie i cała noc przed nami .

I tu również nie obyło się bez omyłek. Polonez. Najpierw pomyliłam kroki, w sensie za wcześnie chciałam wypruć do przodu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że staliśmy przed… samą kamerą, która postanowiła ten moment upamiętnić. Później moje czerwone majtki na zdjęciu (jakby fotograf nie mógł powiedzieć, żebym sobie zasłoniła szanowne litery) i wino czerwone, lądujące na mojej sukience. Szkoda, że nie mam takiego refleksu, by w momencie wylania się wina szybko odskoczyć na bok. Bo ja tak siedziałam, patrzyłam na czerwone strugi przenikające przez biały obrus i dopiero po chwili spojrzenie w dół i myśl o matko boska. Cóż, wróciłam o szóstej rano, biało-czerwoną kieckę rzuciłam w kąt i poszłam spać. Obudziły mnie szepty, że chyba nieźle musiałam się bawić… I tak było ;) Mimo że wiele osób było ze studniówki niezadowolone, ja miło to wspominam.

Czerwiec 2013

Zdana matura, wielka ulga, wielkie szczęście… Czy trzeba mówić więcej? Bałam się matematyki, jednak udała nam się współpraca. Na tyle owocna, że dzisiaj już nie muszę mieć z nią niczego wspólnego.

Marzec 2014


Kolejny z kolei koncert happysadu. Pierwszy jednak, kiedy udało mi się zdobyć zdjęcie z Kubą i Jarkiem. Byłam po całym dniu zajęć, miałam ze sobą kuzynkę i jej koleżankę, które chciały jechać do domu. Po skończonym jednak koncercie dzielnie czekałam przez ponad pół godziny aż panowie wyjdą zza kulis, i kiedy podpisywali bilety/plakaty i wszystko, co się da, ja czekałam wytrwale. Pamiętam jak dziś, że spytałam się ochroniarza czy mogę? Odpowiedział jednak, że podnieść mnie nie może ;) Ale jeśli zmieszczę się między barierką a ścianą o tu, to cóż – chyba nie uda mu się mnie zatrzymać. Nie udało ;) Tam jednak stanęłam przed drugim ochroniarzem, na którym wypróbowałam kocie oczy i mogę mogę mogę mogę mogę? Również się udało. Usiadłam obok Kuby, oparłam na nim ramiona i  no, nie zapomnę tej radości nigdy. I teraz, choć udało mi się drugi raz dobić do zdjęcia – niemal pół roku później, szczęście jest jeszcze większe.

Do podzielenia się swoimi dobrymi myślami ominuję: 
Duszyczkę
Alien
Norrie
Perfekcyjną Niedoskonałość

... bo inni tą nominację już zdobyli, jeśli jednak ktoś nie został nominowany a go nie wymieniłam - proszę bardzo, czujcie się nominowani :))


Nasze życie składa się z tych dobrych ale i tych złych chwil. Domyślam się, że każda z nich ma wpływ na nasze życie, nawet ta smutna, która niby je rujnuje. Pomyślałam więc - nawet pisałam to Asi - czy może by zrobić coś takiego, że każdego piątego dnia miesiąca pisać notkę, w której dziękujemy za jakieś zdarzenie które wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca. Nominacja dobrej myśli, co Wy na to? :) 

Ha, mimo, że się rozpisałam, zdążyłam piątego. Dziękuję Wam wszystkim za ten miesiąc, za to wsparcie, za to, że byliśmy dla siebie wtedy, kiedy tej obecności najbardziej potrzebowaliśmy... 

3.12.14

Versatile blogger award czyli kilkanaście nudnych faktów o mnie



Asik zabawiła się w szanownego Liebstera, ja, żeby jakoś tego bloga w końcu rozruszać i dodać mu tchnienia pomyślałam nad Versatile. Bo przecież garść upokarzających i dziwnych faktów na mój temat to kupa śmiechu jest! Zwłaszcza dla mnie, tu siedzącej (a właściwie leżącej), którą dzisiaj zdzieliło jedno piwo. Uch, co się ze mną dzieje? :P


1. Nie lubię pracować w grupach. Po prostu nie lubię. Nie znoszę wręcz. Kilka osób, podział na obowiązki, a zawsze wychodzi, że jedna osoba wszystko robi, a drugie się temu przyglądają, albo jeszcze mimo braku wiedzy na ten temat, po prostu się wpieprzają i powodują chaos. Czasami mam takie wrażenie, wielką ochotę wręcz, żeby rzucić to w pizdu, zrobić samemu, po mojemu, i niechże one to chociaż przedstawią. Takim sposobem wszyscy będą zadowoleni: one, bo się nie narobiły a ja, bo zrobiłam po swojemu i jest picuś glancuś. Dzisiaj na przykład, tłumaczymy wszystko sobie, że do jednej przesylamy materiały i tamta sklekoci, bo tak to się chaos robi. A tu wchodzę na fejsiunia i co? I szlag mnie trafia!! Nie, stanowczo wolę sama za nich odwalić czarną robotę. Mniej nerwów przy tym stracę.

2. Będąc małym brzdącem, oparzyłam się wrzątką herbatą. A to wszystko przez to, że chciałam być samodzielna!! Mama zrobiła mi herbatę, stawiając ją na wysokiej półce. Jednak chciałam być dorosła i samodzielna, wobec czego chciałam sama wyjąć saszetkę. Mama postawiła mi kubek na małym stoliczku po czym… wyszła. A ja, jak się nie rozmachnęłam, jak nie szarpnęłam saszetki za sznureczek… Tak wylądowałam na ostrym dyżurze, z blizną ciągnącą się od brody po pępek. Jak przez mgłę pamiętam, że coś była mowa w Prokocimiu o operacji pozwalającej się pozbyć blizny, jednak ona w tempie mojego dorastania rozciągnęła się na tyle (albo zmniejszyła), że ja nie zwracam uwagi i cóż… Nie jest krojenie tego warte. Nie będę mówiła nic w stylu tego, że jak mnie mama mogła samą z herbatą zostawić, bo do tej pory ma problemy z zapamiętaniem, że właśnie postawiła na ogniu patelkę.

3. Na każdy weekend wracam do domu, bo jak wspominałam, mieszkam i studiuję w Krakowie, jednak nie stąd pochodzę. Cóż, już niejednokrotnie słyszałam, że jak to, do domu, na weekend, że tyle rzeczy do robienia w Krakowie. Tyle, że… Mnie nie kręci szwędanie się po klubach od piątkowego popołudnia do niedzielnego wieczora. Wolę w tym czasie zajrzeć do domu, i sobie naładować baterie na kolejny tydzień. Poza tym, żarełko mamusine samo się nie przywiezie, co nie? A kto powkurza siostrę? Przecież raz na tydzień, to tak minimalnie! Więc ogólnie zawsze w piątek po zajęciach wsiadam w autobus i zależnie od tego, jak mam zajęcia w poniedziałek, wracam albo wieczorem w niedzielę, albo w poniedziałek rano.

4. Jak wiele osób, i ja nie wspominam zbyt dobrze okresu gimnazjum. Ba, ja do tej pory sądzę, że gimbaza to poroniony pomysł! Banda idiotów, przepraszam, nastolatków, którzy są jednak starsi od tych, co w podstawówce, ale młodsi od tych, co w liceach i już im się pod kopułami przestawia. Nie dość, że wielkrotnie podkładano mi nogi, albo wytykano palcami, że taka sobie tu siedzi cicho i się nie odzywa, to jeszcze niejednokrotnie nie miałam z kim siedzieć, bo… cóż. To, że nie umiałam się bronić (słownie, rzecz jasna) było tylko na moją niekorzyść, bo wszyscy sobie mogli używać a Lu nie odpysknęła. Nigdy. Ośmioletnia podstawówka? Jestem na tak!!

5. Nie pojmuję całego ‘showbizu’ i całego szumu wokół tego. Jezu!! Same afery, sam sex, drugs and rock’n roll, seks taśmy, gołe zdjęcia, wszyscy ze wszystkimi śpią, a później udają, że nie, tu piją, tam jeżdżą po pijaku… Te wszystkie pożal się boże ‘gwiazdki’, które mają w kopułach gorzej niż gimnazjalista poprzewracane, po prostu brak mi słów. Ale statystyczny polak wszystko pochłonie, ‘bo tak’, a później się dziwimy, kto zostaje wybierany na wysokie urzędy, kto nami rządzi. Załamać ręce to mało. Witki opadają. Kokardki również. A kurtyna opada.



6. Jestem nocnym markiem, przy czym raczej nie mam problemu ze wstawaniem rano. Podkreślam ‘raczej’, bo czasem się zdarzy, że jak się zasiedzę, to na drugi dzień dupska mi się ruszyć nie chce. Ogólnie jednak jak tylko słyszę wyjący budzik (w tej roli telefon i piosenka The boy does nothing), od razu się podrywam na cztery nogi. Raz, podczas pierwszej nocy w nowym pokoju na poddaszu, zupełnie zapominając o fakcie, że łóżko jest podstawione pod hm, skosem, teatralnie się zerwałam… przywalając głową w sufit. Oj, bolało.

7. Wolę być chwilę wcześniej, niż się spóźniać. Wolę czekać na autobus na mrozie, niż się na niego spóźnić. Teraz moja sytuacja jest poważniejsza, gdyż autobusy stąd, gdzie mieszkam, na uczelnię kursują dwa razy w ciągu godziny, jeżeli więc chcę zdążyć na zajęcia, spóźnić się na niego nie mogę. Inną sprawą jest to, że jak jestem wcześniej to autobus się spóźnia, a jak rwę niemal na ostatnią chwilę (tak też się zdarza), to przyjeżdża zgodnie z harmonogramem J Nie toleruję spóźniania się. Nie wiem, co w tym trudnego wyrobić się na daną godzinę. Skoro wiemy, ile czasu nam jest potrzebne, czemu nie wstaniemy parę minut wcześniej?

8. Rankiem mam swoje małe rytuały. Zaraz po wyłączeniu budzika włączam najczęściej lampkę przy łóżku, wstaję, włączam cicho radio, ścielę łóżko, otwieram okno, wychodzę do kuchni nastawić wodę na herbatę a w międzyczasie się odświeżam i ubieram. Wracam, zamykam okno, zaparzam herbatę, robię kanapki, i dopiero jak zjem, to idę się umalować chociażby delikatnie J Nieraz, jak mam na późniejszą godzinę (np. na 12.30) to lubię wstać sobie o 9, spokojnie umyć głowę, zjeść śniadanie oglądając jakiś serial – wiem, mogłabym pospać, ale za to idę bardziej rozbudzona na uczelnię J

9. Studiuję kulturoznawstwo i wiedzę o mediach i mam po kokardki tekstów, że ‘co ja zrobiłam ze swoim życiem’, ‘jak moja mama mi na to mogła pozwolić’ i że ogólnie ‘postradałam wszelkie zmysły, a po studiach będę cierpieć na bezrobocie’. Cieszę się jednakże troską innych o moje marne, dwudziestoletnie życie i polecam jednak, aby ten zapał wpakowali w ogarnianie swoich czterech liter ;)

10. Zbyt często zmieniam tapety na telefonie/komputerze/szablony na blogu. Kiedy cała poświęcam się szukaniu idealnych zdjęć, kiedy je w końcu znajdę, obrobię i ustawię, to szybko mi się nudzą. Więc zaczynam wszystko od nowa i tak w kółko. Znowu mama się nade mną śmieje, że ona tapetę na telefonie od półtora roku ma tą samą i jakoś nie płacze. A ja zmieniam, hm, raz w tygodni, nieraz częściej. Sorka…

11. Zawsze jak odpalę komputer to mam strony, które odwiedzam w pierwszej kolejności. Najczęściej jest to Facebook, później Onet.pl i obie skrzynki e-mailowe: ta blogowa i prywatna, w której najczęściej lądują informacje o promocjach w sklepach książkowych albo informacje związane ze studiami. I hajs się zgadza! Tak bardzo nauczyłam się być ciągle na bieżąco, że to aż boli. Kiedy okazuje się, że nic nowego nie odkryłam, najczęściej włączam odcinek serialu a później zaglądam na bloga ;)

12. Nigdy nie planuję postów na bloga ani daty, kiedy je dodam. Wszystko przychodzi i wychodzi w praniu i po co to zmieniać?

13. Nie lubię czekolady, wolę paluszki. Och, wiem, czekoladoholicy jak to strasznie dla Was brzmi! Ale patrzcie, więcej czekolady dla Was!! Jaka ja jestem wspaniałomyślna! Za to nie pogardzę paluszkami, najlepiej solonymi, najlepiej Lajkonik. (Tak, jeżeli chcesz zdobyć moje serce, pamiętaj!). Żelki również są w cenie (najlepiej misie haribo, albo te takie nimm 2 czy coś). Ogólnie to nie lubię słodkiego, bo po niewielkiej ilości czuję się po prostu przesłodzona. Co jest śmieszne, bo herbatę słodzę trzema łyżeczkami cukru XD A w dupie i tak nie przybywa, także… :D

14. Ogólnie, to od zawsze mam niedowagę i od zawsze jestem na coś uczulona. Sądzę, że tak miałam jeszcze zanim się urodziłam. Kiedy rosłam, wszyscy lekarze załamywali ręce: że to takie chude, że widać kości, że łomatko boska, coś jest nie tak. Kiedy jednak trylion badań wykazał, że jednak ze mną w porządku (fizycznie, bo umysłowo to już od dawna pustka), to zaczęłam oswajać się z niedowagą, która pewnie będzie wierną towarzyszką mojego życia. Ja tam nie narzekam. Przyzwyczajam się. Tylko tak trochę źle sklepy funkcjonują, bo jak kupię coś o rozmiarze „S” to nieraz wisi, więc sięgam po „XS” , i wtedy jest szerokościowo dobre… hm, ale jest za krótkie. Dlatego większość spodni kiedyś kupowana to były te zbyt szerokie w pasie (zwężane później) a dobre na długość. Jak mówię, ja nauczyłam się z tym żyć, ale nie ludzie, którzy jak zwykle chcą dla mnie dobrze i nie tylko martwią się o moją przyszłość w kontekście pracy, ale odnośnie tego, czy ja jednak coś jem, czy świadomie się głodzę. Otóż odpowiem: nie głodzę się, jem w miarę dużo a że w dupę mi nie idzie (ani w cycki) to cóż, nie moja wina!

Podobnie jest z uczuleniami i alergiami. Będąc brzdącem, byłam uczulona na mleko, chleb, i jeszcze inne pierdoły. Mleka do tej pory nie lubię. Jestem uczulona na pyłki drzew (zawsze przejawia się to wiosną i latem) i jeszcze na coś, czego do tej pory nie zidentyfikowałam. Ale mam badania w styczniu. Ogólnie to mam wrażliwą skórę i wystarczy produkt, który mi nie podpasuje i od razu robię się czerwona. Świetna sprawa!



15. Mam wyebane na to, co mówią ludzie na mój temat. Serio mnie to nie obchodzi. Bo to, że skupiają się na moim życiu znaczy, że nie mają własnego, co w zasadzie mnie tylko smuci, ale nic więcej. Robię to, co lubię, czytam to, co lubię, zadaję się z tymi, z którymi mam ochotę. I nic nikomu do tego. Szkoda jednak, że coraz więcej osób kierując swoim życiem nie zważa na własne zainteresowania i marzenia a na to, ‘co kto powie’. Cóż, jeżeli drogi czytelniku również masz takie podejście – współczuję. Życie jest, jak się przekonaliśmy, w cholerę za krótkie, by się przejmować takimi bzdetami.  

I skończmy na tej pełnej piętnastce. Ależ się rozszalałam. Ciekawe, czy ktoś to przeczyta, hm? Czy ktoś dowiedział się dzięki temu o mnie czegoś nowego, czy zarzuciłam Was znanymi i dosyć powszechnymi faktami na mój temat, które dało się wyczytać ogólnie z moich notek? :D ;))


Ach, robiłam dzisiaj Mikołajkowe zakupy i wprost oszalałam!! Tyle pięknych, świątecznych kubków! Tyle wszystkich pierdółek, moje oczy były w niebie <3 I w końcu byłam na piwie z D. (kolega z roku koleżanki mojej z liceum, wspominałam o nim jakoś na wiosnę ;)) i  moimi dwiema koleżankami z liceum. Nie wiem, jak to możliwe, ale D., mnie załatwił jednym piwem. Z sokiem. Patrzył na mnie takimi oczami, jak poprosiłam o piwo z sokiem, jakby to było morderstwo. Ale jak zobaczył, że słabo mi z nim idzie, to sam mi dopił, więc nie wiem o co hallo. W ogóle z tym też ciekawa sytuacja, jak to się dziwnie wszystko układa, ale o tym następnym razem.. jak sama sobie to jakoś logicznie ułożę ;) 

w ogóle to będę w radiu, ale o to o tym też następnym razem, bo jeszcze nie wiem kiedy mnie "puszczo" ale wiecie jaka jetem podekscytowana? :D :D :D 

1.12.14

„A time for living, a time for believing, a time for trusting, not deceiving...”

Od paru minut mamy grudzień. Dokładniej od czterdziestu. Miesiąc, którego wyczekiwałam od przeklętego piątego dnia listopada. W tym czasie doszłam do tego, że tak najwyraźniej musiało się stać, co nie znaczy, że jestem z tym pogodzona, jak już mówiłam chyba do Anelise. Tak czy siak dla nas, żywych (jak to strasznie brzmi!), życie toczy się dalej. Cały czas musimy skupiać się na codziennych czynnościach, uczęszczaniu na uczelnię, do szkoły czy pracy. Troszczymy się o tych, którzy żyją obok nas, doceniamy piękno każdego kolejnego dnia, kiedy budzimy się najczęściej mimo własnej woli. To wszystko sprawia, że wciąż mamy po co żyć, choć są momenty, że w to nie wierzymy. „No bo po co, skoro los, ta wredna szuja, odbiera nam osoby tak bliskie?”. Jestem osobą, która od piątego listopada marzyła, żeby nadszedł grudzień. Skoro formalnie od kilkunastu minut już nastał ten dwunasty miesiąc roku dwa tysiące czternastego, mam jedną prośbę. Jedną, maleńką prośbę. Bądź dobrym miesiącem, bo ileż można smucić się na samą myśl tego, co się stało? Chciałabym, grudniu, jak już wspominałam to Asikowi, żeby twój piąty dzień minął szybko, niezauważalnie i bezboleśnie. Tak, żeby nadszedł Mikołaj, i żeby wszystkie moje myśli skupiały się na nadchodzących świętach, myśleniu nad tym, jakie prezenty sprawić członkom rodziny, i żeby w końcu ogarnąć uczelnię. To nie tak, że chcę zapomnieć – to nigdy mi się nie uda. Po to chyba żyję, jestem tu, by… żyć, prawda?

tumblr


Święta, święta, święta! Matula grzmi nade mną, że dopiero koniec listopada, że jeszcze Mikołaja nie było, a już reklamami świątecznymi w telewizji straszą. I wszędzie, w zasadzie. Ale ja, gdy wchodzę do Galerii Krakowskiej (centrum autobusowego zamieszania), to na widok pięknej, wielkiej choinki stojącej przy wejściu z dworca, tylko się uśmiecham. Tak samo reaguję na pozostałe ozdoby w całym Krakowie: milion lampeczek, świecidełek, choinek, bałwanków, Mikołajów (koleżanka zniszczyła mi święta!! Powiedziała, że Mikołaj nie istnieje, jak mogła?!), z wielką przyjemnością wsłuchuję się również w świąteczne melodie. Poprzedni tydzień był dla mnie strasznie melancholijny. Zresztą, do tej pory nie wiem czemu. Z uczelni gnałam prosto na mieszkanie, do łóżka, do komputera, do siebie, do spokoju, do ciszy. Włączałam po raz milionowy raz tą samą piosenkę, gapiłam się w obrazki na tumblrze. Najbardziej świąteczne. Bo chcę chłonąć ten nastrój jak tylko mogę. Bo przecież cały czas przekonuję się o tym, jakie życie jest brutalne, momentami. Jest piękne, jest radość, ale jest też smutek i łzy. Wszystko powinno mieć swoje miejsce, tak. Kiedy jednak człowiek przesiąknie jednym, chce łapczywie nabrać tego drugiego, na wszelki wypadek. 

A wczoraj znów koncert happysadu, kolejny, niepowtarzalny, spędzony pod samą sceną (ponoć bliżej się nie dało), selfie z panami zaliczone, nawet sobie pogadaliśmy (czyt. z Łukaszem onarzekaliśmy nad zgubnością systemu android, przyjęliśmy, że Kuba jednak nie zje mojego mózgu, chociaż miał taką ochotę),  a później, od tamtej pory nieustannie skaczę do nieba. Trochę radości nikomu nie zaszkodziło :)

A ty listopadzie, gnij, i wij się w męczarniach. Serio.
niekt mi nikt więc nie wmawia, że to fajny miesiąc był. uduszę.

wpuśćmy trochę radości do naszego szarego życia.