30.7.15

Greatest lesson I've learned, czyli czego nauczyło mnie życie [1/30]

Wspomnienia wspomnieniami, jednak Oironio nas wszystkich zbiorowo w The Pillow’s Challenge wyprzeda, poczułam się więc w obowiązku, by i sama się w końcu za to wziąć. Na pierwszy ogień idą lekcje, które czegoś mnie nauczyły.

O dziwo nie będzie słowa o szkole i o tym, czego ona sama mnie nauczyła. Tutaj bowiem mogłabym powiedzieć jedynie, że niczego, co mi się do tej pory przydało. Wszyscy doskonale wiemy, że wiedza teoretyczna, która jest nam niemal na siłę wciskana do głów, nijak ma się do prawdziwego życia.

Trochę nad tym główkowałam, wszak chodzę po tym świecie ponad dwadzieścia jeden lat, więc z jednej strony nie jest to jakoś wybitnie długo, ale też nie tak krótko. Aby dojść do miejsca, w którym znajduję się obecnie, musiałam pokonać wiele rzeczy, przekroczyć wiele granic, własnych granic, które mnie w jakimś stopniu ograniczały.  Chcąc nie chcąc, nauczyłam się czegoś nie tylko o samej sobie (choć chyba to przeważyło), ale i o innych ludziach.

Po pierwsze, jeśli umiem liczyć, muszę liczyć sama na siebie. Dosyć to jest brutalne, biorąc pod uwagę fakt, że cały czas jesteśmy otoczeni ludźmi, których rzekomo nazywamy swoimi „przyjaciółmi”, a gdy przyjdzie co do czego okazuje się, że są pierwszymi, którzy są przeciwko nam. Trzeba przyswoić w końcu do wiadomości, że nikt za mnie mojego życia nie przeżyje, i jedyną osobą, która ponosi konsekwencje za moje czyny, jestem ja sama. Rozumiem, że przyjaciel jest od tego, by pomóc, by być przy nas wtedy, kiedy tego wyraźnie potrzebujemy. Trzeba jednak – moim skromnym zdaniem – zachować odrobinę zdrowego rozsądku. W końcu – jeśli przyjdzie co do czego – przyjaciel odejdzie, i to my zostaniemy z własnymi problemami i może źle podjętymi decyzjami. My poniesiemy wszelakie konsekwencje, więc… czy jest sens opierać się na kimś innym?

Powiedzenie, żeby nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki w moim przekonaniu jest dosyć bzdurne, tak samo jak to, że niby człowiek uczy się na błędach. Otóż, w moim wypadku zupełnie tak nie jest. Nie dość, że nie uczę się na błędach, tylko z uporem maniaka powtarzam je raz po razie, to jeszcze włażę do tej samej rzeki ile wlezie. Wedle tych dwóch znanych wszystkim powiedzonek powinnam być mądrą kobietą, która: a) potrafi podjąć stanowczą decyzję i b) powinna zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie wynikają z popełnianych czynów. A  nie jestem. Czy powinnam zacząć się o siebie martwić?

Życie nie jest, i nigdy nie będzie sprawiedliwe. Zawsze znajdzie się ktoś, komu jest łatwiej osiągnąć wymarzone cele, zawsze znajdzie się ktoś, kto – by móc to osiągnąć – będzie musiał umęczyć się za dwoje.  Każdy przychodząc na świat urodził się w takich, a nie innych warunkach.  Nie pamiętam już gdzie dokładnie, ale znalazłam swojego czasu cytat mówiący, że na  los zsyła na nasze barki tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Może więc ci, którzy mają w życiu ciężej, którzy muszą we wszystko wkładać dwukrotnie tyle siły i zapału, co ktoś inny, mają te barki jakieś silniejsze? ;)

W tym całym rozgardiaszu zwanym moim życiem, nauczyłam się bycia pozytywną tak długo, jak tylko potrafię. Oprócz wielu wiadomych korzyści z tego płynących (nie lubię marnować czasu na marudzenie), okazuje się, że jest to dobra broń na wroga. Ten bowiem, kiedy ci dokopuje, czeka, aż zaczniesz jęczeć, kwilić i narzekać wokół. Uch, taka niezdara, pomyśli sobie pewnie, podkładając ci nogę. Przeżyłam to na swojej skórze, i uwierzcie, nic tak wroga nie wkurza jak to, gdy podnosisz się z tych kolan, wszyscy się na ciebie patrzą, a ty… wybuchasz śmiechem. Po prostu i po ludzku. „Ups, wywaliłam się, zdarza się” – otrzepujesz się i idziesz dalej, z wyżej podniesioną głową. Działa zawsze.

Chociaż, tylko raz, tu na ten świat  Bóg nam pozwala przyjść, zawsze lepsze to niż nic. Nie warto więc marnować tego cennego życia na zastanawianie się, na podejmowanie „mądrych decyzji”, które nie tylko nas nie uszczęśliwią, ale wprowadzą w jakieś kompletne bagno, z którym będziemy się musieli zmagać przez X następnych lat. Ja wiem, rozsądne decyzje, itp., itd. Jestem zwolenniczką tych podejmowanych na pięcie, niemal od niechcenia. Los tak czy siak ma dla nas jakiś scenariusz zaplanowany, więc czy jest sens się z nim zmagać?

I na sam koniec chyba najbanalniejsza rzecz z możliwych. Życie w prosty i łatwy sposób weryfikuje osoby, stojące u naszego boku. Czasem dzieje się to z przyczyn zupełnie od nas niezależnych, czasem sami do tego doprowadzamy. Wydaje mi się jednak, że jakkolwiek by się to nie stało – powinniśmy być wdzięczni. Powinniśmy być wdzięczni losowi za to, że usunął z naszych żyć osoby, które a) nie życzyły nam dobrze, b) czekały, aż w końcu się o te własne długie nogi potkniemy i zaryjemy najmocniej jak tylko potrafimy, i c) które w żaden sposób nas nie dowartościowywały, a jedynie non stop, z chwilą każdego minimalnego nawet uniesienia radości, stawiały do pionu. Ja wiem, że w każdym związku, nawet tym czysto przyjacielskim musi być osoba błądząca w chmurach i ta, która ją z tych chmur sprowadza na ziemię. Ja naprawdę staram się to zrozumieć. W pewnym momencie jednak ta niebywała troska o drugą osobę zmienia się… w co? Podkopywanie samooceny. Uzmysławianie, że życie jednak w każdej jego sekundzie jest beznadziejne, a „skoro się cieszysz, to chyba jest z tobą coś nie halo”.  Powstało wiele teorii na temat tego, czy przyjaciele/para muszą być identyczni. Jedni twierdzą, że przeciwieństwa się przyciągają (bzdura!), inni zaś, że jeżeli chce się kogoś znaleźć, trzeba szukać swojego odpowiednika. Odchodząc od tychże teorii jak najdalej tylko mogę, chcę powiedzieć, iż trzeba szukać kogoś odpowiedniego. A jeżeli się już znajdzie – trzeba to pielęgnować, jak każdą inną relację z każdym, innym człowiekiem. Nic bowiem nie dzieje się samo, ani bez przyczyny.  (A prawdziwy przyjaciel, rzecz oczywista, powinien nas wspierać, sprawiać, że nie boimy się życia, jakie by ono nie było złe i niedobre, powinien po prostu być. Niezależnie od wszystkiego.)



Dużo się tego uzbierało. Wiem jednak, że jeszcze wiele takich lekcji przede mną, jeszcze wiele razy potknę się, pomylę i popełnię błąd. Nie jestem w stanie przewidzieć konsekwencji podejmowanych przeze mnie decyzji. Jedyne, co jestem w stanie zrobić, to przekłuć złe sytuacje na pozytywne lekcje. Wszak uczymy się całe życie, prawda? ;)



28.7.15

O szalonym przedłużonym weekendzie i tym, jak zostałam... psem!

Cóż to był za szalony tydzień. Który tylko pokazał, umocnił mnie w przekonaniu, że moja rodzina jest nie tyle porąbana, co po prostu szalona i nieprzewidywalna. Młoda wylądowała dwa tygodnie temu na koloniach nad morzem, więc cały czas, gdzieś w kącie głowy każdego z nas kołatał się pomysł, coby ją tam odwiedzić, tym samym odwiedzić nadmorską miejscowość. Pogoda wówczas była przepiękna, ale i my zupełnie niezdecydowani. W zasadzie – rodzice. Zmieniało im się co chwila, więc ja się już z tej batalii wycofałam. Niech se robią, co chcą, pomyślałam. I oddaliłam się do swej samotni. Nadeszła więc środa, znów jedziemy, nie jedziemy, jedźmy, nie jedźmy – miałam tego po dziurki nie powiem gdzie. Około dziewiętnastej tata, ni stąd ni z owąd spytał mnie, czy mam spakowaną walizkę. Co ty człowieku mówisz?, spytałam najgrzeczniej jak potrafiłam. A niecałe pięć godzin później siedzieliśmy zapakowani w samochodzie. Ot, tacy my.


                  po lewej stronie gdyńskie molo kilka minut po siódmej rano; zdjęcie lekko wyostrzone, kolory niezmienione - tak pięknie było. po prawej stronie władysławowska plaża, akuratnie słoneczna.

Pogoda dopisała w czwartek i piątek, zdążyłam się opalić, bo w sobotę i niedzielę było pochmurno i zimno. Siostrę zdążyliśmy na jeden dzień przygarnąć, porządnie wykarmić, z płaczącym serduszkiem wróciła zaś do przyjaciół, a my znów odzyskaliśmy święty spokój.

Tymczasem podzielę się kilkoma śmiesznymi dialogami, z moimi rodzicami. Ci to niezrównani mistrzowie… ripost. Nie spodziewałabym się tego po nich!

1. Jest kilkadziesiąt minut po północy, przed nami wizja całonocnej podróży samochodem. Któremu to udało się nas obwieźć  w obie strony. Jestem dumna. Luśkę nuda dopadła już na początku, zaczęła więc przynudzać i opowiadać suche żarty. Pociłam się więc i recytowałam, a tu zero reakcji. Jakiejkolwiek! Odparłam, trochę pod nosem, a trochę jednak głośniej, iż:
J: to miało być śmieszne!
Wtem mój tato poczuł się w obowiązku by oznajmić mi iż:
T: tak???
… nikt żartu nie zrozumiał. Czuję się urażona.

2.  Dzieliliśmy jeden pokój. Oczywiście każdy spał na swoim łóżku, ale wiecie, jednak jeden pokój. Nieprzyzwyczajona do słuchania chrapania mego ojczulka, leżałam w łóżku nie wiedząc, co ze sobą począć. Główny Bohater już spał, mama zaś czytała jakąś gazetę.
J: no nie wytrzymie – jęknęłam, rodzicielka zaś tylko się zaśmiała. – no na litość boską, czy on musi tak chrapać?!
M: wszyscy chrapią.
J: nie wszyscy.
M: no wiem, twój mąż nie będzie chrapał
J: jeśli będzie, to wyślę go na operację przegród nosowych
M: jeśli będzie go na to stać
J: będzie musiał zarobić, dopóki nie zarobi, będzie spał na kanapie.
M: chyba że tak

Także wiecie. Kandydat na przyszłego męża musi przejść testy na chrapanie.

3. Najlepsza zaś sytuacja nastąpiła dnia pierwszego, kiedy późnym popołudniem, po napełnieniu żołądków pyszną rybką z frytkami udaliśmy się na plażę. Trochę posiedzieliśmy, pogapiliśmy się na ludzi, aż w końcu zimny wiatr sprawił, że zaczęliśmy się z niej zbierać. Tuż po wejściu na drewniany deptak, zaczęłam otrzepywać nogi z piachu, i stanęłam gdzieś z boku, by zapiąć sandały. Nachyliłam się więc, zapinam te sandały, które swoją drogą wtedy mnie obtarły, bo miałam stopę w piachu, i w pewnej chwili słyszę perlisty śmiech jakiś dwóch dziewczyn. Wysiliłam więc swój słuch i oto, co usłyszałam:  „Hahaha jezu, myślałam, że to pies i chciałam pogłaskać, a tu dziewczyna”. Czy mój szanowny zadek wyglądał na zadek psa?! Czy może moje włosy są takie piękne, jak sierść jakiegoś fajnego piesła? Nieoceniona jednak okazała się Sówka, której oczywiście musiałam się pochwalić.
J: chyba mam piękne owłosienie
S: jesteś taka rasowa <3
Sówko, you made my day.

4. Dobrze, że Sówka mi przypomniała! Otóż, w pokoju, który wynajęliśmy na szalone cztery dni, miało być wifi. Miało, bo oczywiście nie było - choć na kartce leżącej na stole widniało jak byk hasło do tegóż, nie pasowało do żadnej sieci, z ktorą próbowałam się połączyć. Jestem jednak nieśmiała, i wizja tego, że mam iść do pani spytać się, o cóż to chodzi, na tyle mnie przerażała, że postanowiłam pomęczyć tatę, by szedł to zrobić za mnie. To, że byłam chwilowo na wakacjach nie upoważniało mnie do tego, by przestać go męczyć! No więc siedzę na łóżku, myślę głośno, co by tu zrobić, a tato w łazience. Słysząc, że wychodzi, niby przypadkowo powiedziałam do mamy, patrząc na tatę:
J: Misiu, załatwisz internety?
M: Miś załatwi! - odpowiedział, wybuchając śmiechem. My naprawdę mamy zryte banie. Równo równiusieńko. Tata wszkaże upraszał mnie o robienie zdjęć, i opublikowanie ich gdziekolwiek bądź. Chciał być sławny. Nie udało mu się..


[ A no i chyba nie muszę wspominać, że jestem głupia i mam farta nieziemskiego, jak stąd do kosmosu? Wspomnieć? Okej. W czasie tych środowych pięciu godzin, kiedyśmy się pakowali, i latali po domu jak szaleni, półgębkiem zaobserwowałam na facebooku, że w sobotę we Władysławowie gra happysad. Pół żartem rzuciłam matuli, że tak oto jest… i cóż, nie przypadkowo znaleźliśmy się we Władku, co nie? Nie dość, że we Władku, to jeszcze 500 metrów od ulicy, na której koncert się odbywał. Oczywiście wszyscy jak o tym słyszą to wybuchają śmiechem i pukają się po głowie, a ja stwierdzam, że… no cóż, nie mogło być inaczej. Wszak dla fanki nie ma rzeczy niemożliwych, o!].

u licha, zastanawiam się, czy Jakub posiada tylko jedną parę czerwonych spodni. poza tym, doszłam do wniosku, że na tym koncercie był pod wpływem, gdyż nie tylko miał gadanę, ale i latał po scenie jak szalony. widać to na prawym zdjęciu, gdy skaka jak kózka. 

Miałam dziś zacząć The Pillow's Challenge, bo przecież Oironio mnie już dawno w tym wyprzedziła. Miałam dołączyć to do tej notki, ale tak się rozpisałam, że chyba nikomu nie chciałoby się takiej kilometrowej notki czytać. Dopracuję to, co już napisalam i co spoczywa na moim komputerze, tymczasem Wy możecie pośmiać się z moich ciekawych nadmorskich przygód.  


to tu to tam
diabeł z aniołem idą w tan 
realizują chory plan
i czują się z tym dobrze

w końcu chyba zaczynam doceniać fakt, iż w domu słucha sie jedynie radiowej Trójki, gdzie można usłyszeć takie perełki... a poźniej dziwota, że nie znam się na tym, co jest aktualnie "modne" XD

22.7.15

Odgrzebywanie dobrych wspomnień, czyli Nominacja Dobrych Myśli niech zawładnie naszymi serduchami...

Asiku! Szperam przez Ciebie w otchłani mojej pamięci, próbując przywołać te dobre wspomnienia, którymi nie miałam okazji jeszcze się pochwalić przy okazji poprzednich Nominacji Dobrych Myśli. Nie jest tego dużo, wszak siedzenie w domu nie przyprawia mnie o nowe, cudowne wspomnienia, jednak i to kiedyś nadrobię.

Przenieśmy się więc do krainy moich dobrych wspomnień i oddajmy się przynajmniej na kilka chwil temu uroczemu uczuciu, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu – w serduchu.

1.

Urodziny Koleżanki z roku, szczęśliwie już po zdanej sesji, więc i powodów do oblewania więcej. Zebrałyśmy się wszystkie osiem, albo dziewięć, nie pamiętam, w domu rodzinnym koleżanki. Słońce świeciło, schroniłyśmy się jednak w domu, w pokoju solenizantki – wręczyłyśmy prezenty, zaśpiewałyśmy „sto lat”, gdy Mama koleżanki zawołała nas na… obiad! Stwierdziła bowiem, że skoro gości studentów, trzeba ich nakarmić. Trafiła w samo sedno – ja umierałam z głodu, domyślam się, że nie tylko ja. Późniejsze wyjście przed dom, namiot, śmiechy, chichy, coraz dziwniejsze toasty, śmieszne rozmowy z Rodzicami Koleżanki, grill, arbuz naszpikowany owocowymi szaszłykami, gdzieś po drodze pyszny tort, malowanie się nawzajem, wspólne łzy, gdy Mama Koleżanki wspomniała, że ten album, co wręczyłyśmy jej Córze jest po prostu obłędny, aż koniec końców łzawe pożegnanie i podziękowanie za „opiekę na Córą tam, w Krakowie”. Uroczy dzień, doborowe towarzystwo… I aż żal mi się w serduchu robi, że za rok, o tej porze, każda rozejdzie się w swoją stronę… Zupełnie tego nie czuję…

2.

Nie wiem, jak mogłam nie wspomnieć o tym poprzednimi razy. W burzliwym listopadzie, kiedy wszystko szło nie tak, jak powinno, w tym całym rozgardiaszu, smutku i tym piorunującym niedowierzaniu okazało się, że istnieją jeszcze na tym świecie osóbki, którym warto powierzyć swoje serce – choćby tylko w przenośni, choćby tylko na odległość.   Kiedy jakoś nie mogłam się z tym wszystkim uporać, kiedy w głowie było o wiele, wiele myśli za dużo, których nie potrafiłam albo nie byłam w stanie uporządkować w swojej głowie, nawiązałam kontakt, kontakt z kilkoma osobami. Nie wiem dokładnie, jak to w „kolejności” było, jednak nawiązałam bliższy kontakt z Asią (z którą, nomem omen udało mi się spotkać, ha!), Sówką, i O ironio. Wymieniane wtedy e-maile, epopeje wręcz, wypełnione nie tylko dobrymi rzeczami i dobrymi wspomnieniami, czasem napełnione tyloma uczuciami, sprzecznymi wręcz ze sobą, od smutku, łez i dalszego niedowierzania, poprzez śmiechy, chichy i głupie anegdotki, które wówczas podnosiły na duchu. Nie mogę nic innego powiedzieć, oprócz jednego, wielkiego DZIĘKUJĘ, które i tak nie będzie wymierne co do tego, co serio teraz siedzi w mym serduszku. Dziękuję za obecność, i za wszystko, wszystko, wszystko!

3.

Egzamin u Pana Psychopaty, który wręcz nie okazał się być aż taki Psychopatyczny, co zaszokowało cały rok kulturoznawstwa. Ten zaś, jak nigdy, przygotowany był na nieustający bój, walkę od rana do nocy, nawet przez całą noc; o dziwo był uzbrojony w wiedzę, która niestety miała trudności z wejściem do głowy. Wszyscy więc przekonani, że będzie to walka o śmierć i życie, o wszystko, o warunek, którego nikt nie chciał dostać, który to wszystkim się śnił po nocach…. zdziwili się, że było… dobrze. Lu zapisała się więc na pierwszy dzień egzaminowania stwierdziwszy, że losu tak czy siak nie oszuka, i skoro ma nie zdać, to im szybciej będzie po sprawie, tym lepiej.  [Jedna z koleżanek popełniła gafę największą z możliwych – nie wiedząc, jak wygląda Profesor, weszła do jego gabinetu, omiotła spojrzeniem całe małe pomieszczenie, po czym za pomyłkę przeprosiła i wyszła. Później powiedziała koleżance, że ‘ten koleś jakoś za przyjaźnie wygląda’. Kilka godzin później, jej kolej, wchodzi więc do gabinetu (nieświadoma, że była tu jakiś czas wcześniej…) i taki what de fuck? . Pozdrawiam koleżankę szczerze. Sama nie wierzyłam moim oczom, gdy Psychopata się zaśmiał perliście do koleżanki, która siedziała przy biurku w czasie, gdy ja tworzyłam swą odpowiedź. To było wręcz niesłychane. Na dwóch zajęciach, na których miałam nieprzyjemność być, darł się tak, że wychodził chyba i stawał obok siebie, a tu taka miła odmiana. Szczęśliwie, cały rok zdał, więc chyba nie ma tego złego, co by na dobre wyszło. Niemniej to dobre wspomnienie jest, okraszone długotrwałym przygotowaniem. Czasem warto…. się przyłożyć.

Nie nominuję nikogo... no dobra, oprócz Sówki, bo słyszałam, że miałaby ochotę. Też Cię lubię! :)


[Tymczasem okazało się, że dziennikarki radiowej ze mnie nie będzie, czego moja rodzina nie może zrozumieć. Nie wiedziałam, że uszanowanie czyjegoś zdania i decyzji jest takie trudne do zniesienia. Co więcej, mija miesiąc odkąd siedzę w domu i na myśl tych dwóch kolejnych podejrzewam, że osiwieję, zwariuję, a końcowo wyląduję w wariatkowie. Czyli w październiku na moim UP, który to uniwersytet jest naprawdę dla popieprzeńców. Szczęśliwie, nie będę miała teraz wf-u, więc nie muszę się przejmować tym, że plan zajęć instytut filologii polskiej (wciąż zastanawiam się, dlaczego kulturoznawstwo tam podlega) trafi do nas w ostatnim tygodniu września, przy dobrych wiatrach, kiedy inne kierunki takiż to plan dostaną z początkiem jesiennego miesiąca. Sprawiedliwość all day long. Młoda tymczasem siedzi i praży się nad polskim morzem, ja zaś miałam jechać do koleżanki, jednak wywiązała się między nami niewielka różnica zdań, wobec czego jechać tam ochoty nie mam. Matula zaś twierdzi, że to moja wina, że paplam jęzorem na prawo i lewo, a że to, że mi się coś nie podoba, to powinnam trzymać dla siebie. Ja tu zwariuję.]

"Co mogę jeszcze zrobić dla Pana?
Całe mnóstwo
otworzyć okno
poprawić poduszkę
wylać zimna herbatę
– to wszystko
– wszystko..."

19.7.15

O tym, że miało wyjść inaczej, a wyszło jak wyszło, czyli do dupy/ The pillower's challange

Nie lubię podejmować dojrzałych decyzji, które rzekomo mają rzutować na moją przyszłość. Jestem w tym po prostu kiepska. Najpierw bowiem pytam się wszystkich wokół, co na ten temat myślą, i wtedy okazuje się, że ich tok myślenia jest zupełnie inny od mojego. Ale od początku.

Rok temu robiłam praktyki w Gazecie, podekscytowana faktem, że udało mi się tam – zupełnym fartem – dostać. Zachwytów nie ma końca nawet teraz, mimo, że minęło tyle czasu, i koniec końców nie zechcieli mnie tam dorywczo. Jakoś na początku tego tygodnia zobaczyłam na Facebooku coś, przez co fala uczuć znów na mnie spadła niczym grom z jasnego nieba. Odbywając tam praktyki, trzymałam bowiem pieczę nad wszelakimi plebiscytami, które akurat wtedy miały miejsce. Przyjmowałam głosy, które albo przychodziły listownie, albo e-mailowo, czytałam je i wpisywałam do odpowiednich tabelek, ówcześnie sprawdzając ich wiarygodność. Kilka razy moje rzeczy poszły do druku. Przewijam więc na początku tego tygodnia Facebooka, a tu proszę: link z Gazety do głosowania na proboszcza roku. Aż mi serce me zapikało i zabiło mocniej a w oczach zakręciła się łezka. Kurde! Ja to robiłam rok temu, a teraz ktoś odwala mą robotę! Siedzi przy moim biurku, MOIM komputerze i w ogóle! Trochę mi się zacniło. Nie o tym jednak.

Pomyślałam, że skoro mi się tak w Gazecie podobało, to może czas spróbować swoich sił w radiu. Wprawdzie praktyki na II rok mam już zaliczone, więc nie ma żadnego musu czy coś w tym stylu. W marcu jakoś napisałam do RMF, czy byłaby szansa odbycia praktyk/stażu, ale nie odpisywali mi przez jakiś czas, więc zapomniałam. W maju odpisali, że poproszą o e-mail z CV i numerem telefonu. Odpisałam pospiesznie (no okej, nie pospiesznie, bo przez pół dnia szukałam odpowiedniego zdjęcia do tegoż CV, akurat wszystkie, które posiadałam wydawały mi się idiotyczne; współlokatorka zaś wytłumaczyła mi, że wycinanie ze zdjęcia koleżanki jest zupełnie nie fair i nieeleganckie), i znów zapomniałam. Pod koniec czerwca, wieczorem, dzwoni mi telefon. Odebrałam, przywitałam się. Dzwonił do mnie pan z RMF, w sprawie stażu. Zaprosił mnie na spotkanie, które odbyło się… wczoraj… na rozmowę, która miała pokazać, czy się nadaję na ten staż czy nie. Byłam mega podekscytowana tym, że będę w radiu, nie brałam pod uwagę możliwości, że mnie nie przyjmą. O ja naiwna…

Jeśli ktoś nie wie, to radio RMF, jego siedziba, znajduje się przy Kopcu Kościuszki. Szkoda, że nikt mnie wcześniej nie uświadomił, że tam, bezpośrednio pod drzwiami jest przystanek autobusowy; wysiadłam na ulicy, z której musiałam patatajać półtorej kilometra pod samą górę w ten niemiłosierny upał, w międzyczasie klęłam tak, że nie poznawałam siebie samej, stwierdziłam nawet, że z powrotem zamówię taksówkę, i pal licho (bo wtedy o tym przystanku nie wiedziałam). Koniec końców dotarłam, pokazałam się panu portierowi, on zaś polecił mi, żebym usiadła sobie na krześle i czekała na pana, bo on zaraz przyjdzie. (Nie przyszedł przez kolejne pół godziny, jednak w tymże czasie uspokoiłam oddech; pomieszczenie zaś miało klimatyzację, więc byłam w siódmym niebie.)

No i cóż  mogę powiedzieć. Jestem zupełnie na nie.  Wprawdzie stażu jeszcze nie dostałam, bo na razie zaproszono mnie na dni próbne, ale… Poszłam tam z pewnym pomysłem dla siebie samej. Wiedząc, że praca z ludźmi nie jest dla mnie, że każdy kontakt z kimś obcym, kimś, kogo nie znam, wywołuje u mnie nerwy, a strach przed tym, że jednak muszę się odezwać paraliżuje mnie od góry do dołu. Poszłam więc z tym wyobrażeniem w swojej głowie, a okazało się… że głównym zajęciem stażysty, którego mogą przyjąć,  jest chodzenie między ludźmi z mikrofonem, rozmowy przez telefon ze słuchaczami, a jeśli przyjdzie taka potrzeba, nagrywanie czegoś samodzielnie.

Ja wiem, że to jest mega-wielka-niepowtarzalna-i-jedyna-w-swoim-rodzaju-szansa, której nie powinnam zmarnować, ale to po prostu nie dla mnie. Nie czuję się na siłach, by robić to, co sprawia mi najwięcej kłopotów i nerwów. Nie widzę sensu w podjęciu stażu tylko dlatego „by go podjąć”, skoro miałoby mi to nie sprawiać radości. Nie jest mi to potrzebne do zaliczenia semestru/trzeciego roku; chciałam spróbować dla siebie samej, by zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Od zawsze jednak wiem, że moja przyszła praca, jeśli jakąś podejmę w swoim zawodzie po studiach, nie będzie związana z bezpośrednim kontaktem z ludźmi. Po prostu mnie to przeraża. Zamraża, paraliżuje i sprawia, że nie jestem w stanie myśleć racjonalnie.

Moi rodzice, dziadkowie… wszyscy, próbują mi tłumaczyć, że nie powinnam przegapić takiej szansy, że powinnam skorzystać, iść na te dni próbne… Ale mnie to nie jara. Zupełnie… co więcej, gdy koleś powiedział mi moje potencjalne zadania, po prostu mnie zamurowało. Zaczęłam się jąkać, gubić słowa i w zasadzie przez chwilę nie wiedziałam, co mówię. Nie działają na mnie wszelkie tłumaczenia, że „na twoim miejscu wszyscy by z tego skorzystali”, że „taka szansa może się nie powtórzyć” a ja po prostu nie wiem, co robić. Nie chcę iść na te dni próbne, nie chcę zajmować czyjegoś czasu skoro wiem, że ja tego nie chcę. Nie chcę nie będę chodziła między ludźmi z mikrofonem, nie będę z nimi rozmawiała, to po prostu nie ja. Nie lubię nikomu się wtranżalać bez pardonu, nie lubię zagadywać obcych osób, to nie moja bajka. Za bardzo mnie to stresuje. Nie lubię być w centrum. Nie lubię zwracać na siebie uwagi. Nie lubię tego strachu, który wtedy mnie ogarnia i który odbiera mi możliwość racjonalnego myślenia. Trochę do dupy, nie? Rozważam więc napisanie do pana by wytłumaczyć, że jednak rezygnuję.  Co myślicie?

Także no. Miałam być w radiu, miało być WOW i SUPER i w ogóle ekstra, a wyszło jak wyszło, czyli jak zawsze. Tyle było radości, a teraz wyszło, że mój wymarzony staż poszedł się kopać. Znaczy , jak się okazało, nie był taki wymarzony, więc może nie powinnam mieć poczucia, że znowu zawaliłam?



znalezione w googlach

Tymczasem kilka dni temu wpadłam na taki fajny challenge, którego zdjęcie umieściłam powyżej. Ostatnio mam problem z tematami do notek, bo są wakacje i z racji, że siedzę w domu i nic się nie dzieje, nie mam o czym pisać. Pomyślałam więc, wpadając na ten obrazek, że może pora rozruszać blogi? Przebiegła ja! Do zabawy zaprosiłam już Sówkę, która - jako przebiegła osóbka - podpowiedziała mi, żeby do wspólnej zabawy zachęcić innych blogerów. Jako jednak, że sam z siebie to nie zgłosi się pewnie nikt, NOMINUJĘ, okej, ZAPRASZAM do tejże zabawy Anonimową A., Sówkę (wiadomeczka!), Oironio, Asika (nie przyjmuję odmowy), Shadow, Anelise, Gemini, Bobika, Martynę (!!) i Lenę! I każdego, kto by sie zechciał zabawić. Nie wiem, jak to ma wyglądać. Każdy niech robi to po swojemu, bylebyśmy to do końca tego, 2015 roku, pokonali. Do notek z tym challenge możecie dodawać etykietkę ThePillowersChallenge, żeby można łatwo to ogarnąć. Co Wy na to? :)

Oczywiście to pytanie retoryczne, bo ja nie przyjmuję odmowy. Zabawmy się!

  Tutaj jest polska wersja, przeze mnie przetłumaczona. Jednocześnie tutaj, w TEJ wersji znajduje się kontynuacja pytania piątego. Jeśli będziecie mieli jakieś pytania, piszcie ;)


14.7.15

O własnej naiwności, o weselu i zabawie w doborowym towarzystwie



Zmiany chodziły za mną od jakiegoś czasu, od czasu, kiedy wszystko definitywnie się skończyło, kiedy zrozumiałam, że ‘nie warto’, i że może ‘tak miało być’. Umocniłam się w przekonaniu, co do zmian, kiedy jedna z osób z mojego bliskiego otoczenia dopominała się o nową notkę. Nie. Idea była taka, że nikt nie wie o tym miejscu. Nicku nie zmienię… adres mogę. Witajcie więc na Niemarudniku! (Jednocześnie proszę o zmianę adresu, jeśli macie mnie u siebie na blogach zapisaną).

Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że pewnych spraw nie da się już naprawić, a niektórych ludzi nie da się do siebie z powrotem przekonać. Choć może to drugie zdanie powinno raczej brzmieć „nie da się z powrotem przekonać do tych osób, które okazały się być zupełnie inne”. Nie wiem, czy to jakieś fatum nade mną ciąży, że zawsze na początku jest fajnie, a po jakimś czasie szydło z worka wychodzi, i ten ktoś w całej okazałości mi się pokazuje. Zupełnie innej, niż tą, jaką ten ktoś kreował doszczętnie przez X czasu.  Nie wiem, czy powinnam pogratulować wytrzymałości, pozazdrościć talentu, czy jedynie zaśmiać się z własnej naiwności. Hej!, nie martwcie się, swoje już przetrawiłam,  zastanawiam się jedynie, ile razy można powtarzać ten sam błąd. Dwa tygodnie temu zakończyłam coś, co jeszcze na początku lutego wprawiało mnie w niesamowite poczucie szczęścia i wyjątkowości.  Może, gdybym mogła powiedzieć, że to z mojej „winy”, byłoby mi łatwiej przejść z tym do porządku dziennego; z racji jednak, że znowu ktoś pokazał swoje inne oblicze, nie jestem w stanie wybaczyć sobie tego, że byłam naiwna. Że potrzeba kogoś u swojego boku jak zwykle przysłoniła mi racjonalne myślenie, a koniec końców i tak wyszło jak zawsze. Śmieszy mnie teraz udawanie, że nie znamy się zupełnie, że jesteśmy dla siebie obcymi osobami, choć może tak i lepiej – trzeba ruszyć do przodu, a nie cofać się do tego, co było.

Tymczasem w sobotę miałam wytęsknione wesele (nie moje, rzecz jasna), a mojej kuzynki i jednocześnie chrześnicy mojego Taty. „Zabawa” ciągnęła się więc od samego rana,  i tradycyjnie wszystko szło nie tak, jak miało. Wizyta u fryzjerki i kosmetyczki przeciągnęła się o dwie godziny, przez co po powrocie do domu miałam czas jedynie na to, by wskoczyć w sukienkę i wypatrywać nadjeżdżającego partnera. Tata, jak nigdy nie ma dylematu, którą koszule włożyć, na tą okazję sprawił sobie dwie (i dwa krawaty), więc oczywiście stał i się przebierał i się przymierzał. Już miał wychodzić, już był w niebieskiej koszuli, a chwilę później widzę go w białej. Nikt się, rzecz jasna nie odezwał, coby mu nie wpadł do głowy pomysł pójścia i przebrania się.

Zjawiskowa Pani Młoda wprawiła mnie w osłupienie; Tata ponoć rozśmieszył wszystkich, którzy podczas błogosławieństwa płakali; prawdopodobnie rzucił jakimś żartem, ale nadal nic nie zdradził. Ja się dowiem! Pod kościołem przypinanie dróżbówek naszym partnerom, bieg ze świadkową po bukiety dla druhen, ustawianie się pod kościołem, aż w końcu wejście nań, w trzeciej parze za młodymi, uśmiechniętymi od ucha do ucha. Z powodu duchoty w małym kościółku zrobiło mi się duszno i słabo, wobec czego resztę mszy spędziłam w krzakach, w cieniu, przegapiając tym samym przysięgę, w czasie której Młody ponoć się pomylił.

Najprzyjemniejszą częścią było wejście do restauracji, która była „jakby luksusowa”. Klimatyzacja, wielka sala i wygodny parkiet – to wszystko zauważyliśmy w drodze do stolika, by odnaleźć swoje plakietki. Wyczekiwanie na obiad (była niemal dziewiętnasta!), gdzieś pomiędzy życzenia, obietnice zabawy do białego rana…

I rzeczywiście zabawa aż do wschodu słońca. Fajna muzyka, dobre jedzenie, ale najważniejsze – doborowe towarzystwo. Mój Partner, któremu (podobnie jak mi) nie dali tylu lat, ile mamy. Sukienka wirująca w tańcu, czasem plączące się nogi. Uśmiechy, miliony zdjęć, przebieranki w specjalnej budce do zdjęć aż w końcu wyczerpanie i siedzenie przy stoliku. Wschodzące słońce, spacery i zdjęcia nad mini-jeziorkiem.

No i różowe skarpetki Pana Młodego, których nie mogę zapomnieć. Obstawiam, że miały pasować do różowej muszki, gdyż innego powiązania racjonalnego nie odnajduję XD

Wszystko to układa się w idealną całość, której cieszę się, że mogłam być częścią. O Ktosiu staram się zapomnieć, choć to nie jest takie łatwe. Odsuwam od siebie myśli na temat tego, co było… i hej przygodo! Wszak co ma być, to będzie, prawda?


A u Was co tam, moi drodzy?  


'roztrwoniła miłość ziemską
odsprzedała przeniebieską
nie spostrzegła nic jak cała
śmierci się podobna stała..'