4.3.13

gettin' ready for disasters that may never happen


Miało być dzisiaj huczne świętowanie, prawie do ranka. Szampańska noc miała być, śmiech i chichoty, a jest raczej nastrój żałobny, przerywany cichymi moimi chlipaniami. Bo ja naprawdę z każdym kolejnym egzaminem powątpiewam w zdolność jeżdżenia samochodem, choć przecież tak hulam po drogach (nie tylko urokliwą inaczej eleczką), że naprawdę zdać już powinnam. Doszłam dzisiaj do wniosku, zaraz po akcie desperacji, płaczu, histerii, zwyzywaniu wszystkiego, co na tym świecie nogę postawiło, że w zasadzie to ja po prostu za dobrze jeżdżę. I egzaminatorzy nie mogąc zrozumieć że jest ktoś lepiej od nich jeżdżący, uwalają mnie w ramach zemsty ( każda wymówka jest lepsza, żeby nie wyszło, że ja może beztalencie jestem, albo po prostu egzaminator się na mnie uwziął ). Pomijając właśnie fakt, że prawie się tam dziś wykończyłam (zjadłam pierwszy... właściwie zjadłam coś porządnego o 20!) to znów jakaś miała inaczej przygoda. Do grona znienawidzonych załapał się kolejny egzaminator, pojeździłam sobie... I po cóż? To jest niewyjaśnione. Nadal chlipiąc, stwierdziłam, iż co nas nie zabije, to nas wzmocni, aczkolwiek było to powiedziane przez łzy, czyli się nie sprawdza. Jeżeli kiedykolwiek mnie to wzmocni, to jak będę trzymała kartonik w ręku, ot co!



Mam dość tego prawka pieprzonego, i gdyby nie te pieprzone testy, których na nowych zasadach po prostu nie zdam, to pewnie rzuciłabym to w cholerę. Ale w tym podpunkcie ja jestem ambitna, i ja zdam, chociażbym miała wykończyć się nerwowo - byle trzymać karteczkę z pozytywnym wynikiem.



Kończąc nieprzyjemny, temat tabu nawet, stwierdzam, że życie jest piękne kiedy mogę oddychać przez nos, i kiedy nie duszę się niczym nałogowy palacz. Tak, tak, Lu jest zdrowa jak ryba, pomijając urazy psychiczne, bo tego to już pewnie żaden antybiotyk nie cofnie. Coś tam sobie kaszlnę, ale to nic w porównaniu z moim kaszleniem piątkowym, co jak się rozpędziłam, to jak torpeda się uspokoić nie potrafiłam i jak czerwona buraczyna wyglądałam krztusząc się i dławiąc i łzawiąc jednocześnie ( toż to doprawdy żałosny widok musiał być). Nawet wiosna się chyba zaczyna, coby nie zapeszyć, to nie będę potwierdzala, aczkolwiek miło sie robi, kiedy za oknem słoneczko że ho ho, i nawet temperatura na plusie. Człowiek się jeszcze przyzwyczai i znów to odbierze ktoś!



Podsumowując cały niepoprawny wywód (obiecuję, że niedługo tu coś normalnego wstawię) Luthien jest jedną wielką sprzecznością, łamiącą każde normy. Nie dość że zapłakana, to jeszcze indywidualistka. Co jeszcze?






19 comments:

  1. A ja na razie bym sobie na twoim miejscu na chwilę odpuściła, a potem wjechała tam [dosłownie ;D] na pełnym gazie i zdała ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. mogłabym tak zrobić, ale nie mam zbyt wielkiego czasowego pola do popisu, gdyż iż testy mi się kończą ;)

      Delete
  2. Ja wymusiłam pierwszeństwo na TIRze. Póki co, nie mam zamiaru wracać. Taka tam, trauma.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hym, ja za pierwszym razem ponoć nie zauważyłam czerwonego światła, za drugim, ponoć za szybko jechałam, za trzecim ponoć najechałam na linię na placu, za czwartym PONOĆ nie stanęłam na stopie którego nie było, za piątym i szóstym oblałam na placu :) więc historia koło kręci. A traumy nie mam, bo jeździć umiem i w miarę dobrze, więc trzeba dupę spiąć i zdać ;D

      Delete
  3. Kochana nie martw się, ja też nie zdałam za pierwszym razem :D Głowa do góry i będzie lepiej :)

    ReplyDelete
  4. Ja jeszcze nie planuję prawa jazdy, chociaż osiemnastka tuż, tuż. Wole jeszcze poczekać, a Tobie życzę powodzenia. Moja siostra również podchodziła kilkakrotnie do egzaminu i jakich histerii się nie naoglądałam, więc nie dziwię się Twoim. Ale ważne żeby się nie poddawać i próbować, bo w końcu na pewno zdasz. ;) Pozdrawiam! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Moja rodzinka cierpi na nerwowość wykrytą i chyba nieuleczalną ;d o ile przed egzaminem sie nie stresuję, tak na kilka godzin przed przystąpieniem po prostu z nerwów umieram, a jak mi nie wychodzi, to wiesz, nerwy puszczają i takie tam.

      Delete
  5. Ja w tym miesiącu mam zacząć prawko, o zgrozo.

    ReplyDelete
    Replies
    1. ale to naprawdę nic złego ;)
      po prostu trzeba mieć szczęście, i talent, mi może tego brakuje.

      Delete
  6. głowa do góry ;D ja też miałam kilka podejść, nie załamałam sie a teraz mimo strachu i niechęci bo nie lubie jezdzić jakoś sobie radze ;D i popylam dasz rade ;D

    ReplyDelete
    Replies
    1. oj a ja uwielbiam jeździć i to jest najgorsze! ;d nawet już w obcasach popylam :D

      Delete
  7. Ups. Następnym razem. :D

    ReplyDelete
  8. ja mam taka sytuację, że mój tata jest instruktorem jazdy na elce i już zabiera mnie na ulice i uczy jazdy. :) mam niecałe siedemnaście lat i za niedługo będę mogła się już normalnie zapisać na prawko.
    kochana, nie przejmuj się! próbuj do skutku! w końcu kiedyś zdać musisz. :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. no pewnie, że zdam :D przecież w końcu mi szczęście dopisze :D

      Delete
  9. To musi być to! Jesteś za dobra dla tych głąbów pieprzonych. Co za idioci, no! Nie rycz mała, w końcu musi się udać. Trochę szkoda kasy i nerwów, ale jak już zaszłaś tutaj, to nie możesz tego rzucić w cholerę i zrezygnować. Ja ciągle wierzę i trzymam kciuki. Bo mam znajomych, którzy zdawali po 6 razy np. i dopiero wtedy im się udało. A są świetnymi kierowcami, tylko po prostu brakowało im szczęścia... ;*

    ReplyDelete
    Replies
    1. No pewnie, że za dobra! Idioci, banda idiotów.. Naprawdę nie widziałam tak klnącego mojego ojca, siedzieliśmy w samochodzie, ja taka zapłakana, cały ryj w tuszu do rzęs, chlipię jak jakaś furiatka, i tak pomiędzy tymi chlipaniami klnęłam równo po egzaminatorze, ojciec dzwonił do mamy i klął, mama w słuchawce klęłam... huh, cóż to był za dzień! :D wiesz, do 7 razy sztuka, UDA SIĘ! :D i dzięki :*

      Delete